Patron - Strona szkoły

Idź do spisu treści

Menu główne:

Znasz-li ten kraj, gdzie kwitną nad grobami piołuny?
Gdzie niebo twarz błękitną w szare kryje całuny?
Gdzie pola kośćmi siane, las szumi pieśń cmentarną,
Rzeki łzami wezbrane przez ziemię płyną czarną?
Kraj ten smutny, ubogi, ciągnie serce tułacze;
On nad wszystko nam drogi. My z nim, on z nami płacze…
J.I Kraszewski


 


 GENEZA IMIENIA SZKOŁY

W roku 2002 Gimnazjum nr 1 w Drelowie otrzymało imię Unitów Drelowskich. Taki wybór imienia jest wyrazem hołdu, jaki współcześni drelowanie złożyli swoim bohaterskim praojcom. Szkoła, w której od 1999 roku uczą się kolejne roczniki gimnazjalistów, znajduje się w miejscowości znanej w historii jako miejsce męczeństwa Unitów. Świadomi swoich korzeni kultywujemy pamięć o bohaterach naszej małej ojczyzny. O tych, którzy w styczniowy poranek 1874 roku zginęli od kul i bagnetów rosyjskich, jak i o tych, którzy w II połowie XIX wieku na co dzień cierpieli głód, więzienia, zsyłkę i utratę majątku za wierność Kościołowi i Ojczyźnie.

Chluba przeszłości – dumą współczesności” to hasło naszego gimnazjum. Nabiera ono szczególnego znaczenia w dniu Święta Patronów Szkoły. Obchodzimy je co roku bardzo uroczyście. Od kilku już lat 17 stycznia stał się wspólnym świętem naszej parafii i naszego gimnazjum. Uczestniczą w nim uczniowie, rodzice, nauczyciele, księża, przedstawiciele władz gminnych i powiatowych oraz mieszkańcy Drelowa i okolic a także zaproszeni goście. Do stałego programu corocznych obchodów należą: zapalenie zniczy i złożenie kwiatów przed tablicą upamiętniającą męczeńską śmierć Unitów, msza święta celebrowana pod przewodnictwem księdza biskupa oraz spektakl teatralny w wykonaniu uczniów gimnazjum, którego tematem są dramatyczne losy Unitów drelowskich w czasie prześladowań za wiarę. Czujemy się spadkobiercami dziewiętnastowiecznych bohaterów Drelowa, którzy przekazali nam takie wartości jak: wiara, ojczyzna, odwaga, solidarność, wierność swoim ideałom. Nasza wiedza o historii unickiego Drelowa wzrasta z każdym rokiem. Spotykamy się przyjaznym odzewem wśród mieszkańców, którzy poprzez udostępnianie wspomnień i tradycji swoich rodzin sprawiają, że pamięć o Unitach Drelowskich jest żywa i kultywowana.



TROCHĘ HISTORII

Męczeństwo Unitów w Drelowie
Tablica z nazwiskami meczennikówDnia 17 stycznia 1874 roku w Drelowie, parafii unickiej, wojsko rosyjskie zastrzeliło 13 unitów i ciężko raniło około 200 osób. Unici w Drelowie wytrwale bronili własnej cerkwi i wiary nie chcąc oddać kluczy do świątyni, i przyjąć prawosławia. Drelów, był parafią unicką od 1661 roku, należał do ówczesnego powiatu i dekanatu radzyńskiego. Proboszcz parafii ks. Jan Welinowicz został wywieziony do więzienia w Chełmie, gdyż nie chciał przejść na prawosławie. Nowemu księdzu prawosławnemu parafianie odebrali klucze od świątyni. Rano 17 stycznia 1874 roku przybyło sto kozaków i trzy roty piechoty oraz naczelnik powiatu major Kotow, który zażądał wydania kluczy cerkiewnych.

Kościół w Drelowie - niemy świadek meczeństwaDalszy przebieg wydarzeń przed świątynią w Drelowie tak opisuje wspomniany ks. J. Pruszkowski: (...) "Lud odrzekł, że nie może oddać kluczy do swojej cerkwi i nie odstąpi od swojej świątyni w obronie przed jej widocznym sprofanowaniem. (...) Naczelnik zakomenderował nahajki, a kozactwo piesze i konne wpadło na cmentarz cerkiewny i poczęło rozbijać głowy ludu i jego twarze, raniąc grubymi batogami. Katowanie wywołało ogólny opłacz pomiędzy ludem. (...) Piechota z kozakami uszykowała się za parkanem cmentarza i o godzinie 12 w południe otworzyła ogień do bezbronnych wiernych. (...) To morderstwo osiągnęło skutek wprost przeciwny temu, jaki chciano wywołać. Religijny śpiew "Święty Boże", "Kto się w opiekę" rozlegał się żałośnie, a lud, padając na kolana, otwierał wojsku swoją pierś do strzału, jakby zazdroszcząc szczęścia męczeństwa poległym sąsiadom i braciom".


Wszyscy unici pozostali na miejscu. Przez całą noc pilnowało ich wojsko. Następnego dnia naczelnik rozkazał siłą wywlec sprzed świątyni zmarzniętych i pobitych unitów, i dokończyć krwawą akcję.
(...) Po wywleczeniu biednego ludu za cmentarz, przywieziono dwie fury rózeg i zaczęto kłaść na ziemi i smagać wszystkich bez wyjątku. Kobiety i dzieci dostawały od 25 do 100 uderzeń, mężczyźni od 100 do 200 razów. (...) Gdy żołnierze trzymali lud z dala od cerkwi, naczelnik sprowadził popa i posprzątał zabitych. Rannych na furmankach odwieziono do domów, potem kazał Kotow rozpędzić nahajkami kobiety i dzieci po wsiach. Mężczyzn kazał powiązać, młodszych z nich odesłał do więzienia jako buntowników, starszych rozpędził do domów".

W obronie wiary przed świątynią w Drelowie 13 unitów poniosło śmierć męczeńską: Symenon Pawluk, Wincenty Bazyluk, Teodor Bocian, Andrzej Charytoniuk, Trochim Charytoniuk, Jan Kościuczyk, Teodor Kościuczyk, Paweł Kozak, Andrzej Kubik, Jan Kubik, Jan Łucik, , Jan Romaniuk, Onufry Tomaszuk. Pomordowanych unitów pochowano na miejscowym cmentarzu. Rannych było prawie 200 osób. Po tych wydarzeniach świątynia unicka w Drelowie została zamieniona na cerkiew prawosławną. Podobnie stało się z wszystkimi świątyniami unickimi w diecezji chełmskiej po zlikwidowaniu administracyjnym Kościoła unickiego w 1875 roku. Pozbawieni świątyń i kapłanów unici, mimo prześladowań i represji, znajdowali pomoc i opiekę duszpasterską w Kościele rzymskokatolickim, tak na Podlasiu jak i w Galicji.Pamięć o męczeństwie unitów w Drelowie pozostała mimo likwidacji Kościoła unickiego i dalszego prześladowania unitów. Po uzyskaniu niepodległości zaczęto gromadzić świadectwa o męczeństwie unitów na Podlasiu, a łacińska diecezja podlaska rozpoczęła formalnie w 1939 roku proces informacyjny, jako przygotowanie do beatyfikacji Unitów Podlaskich, aby uwielbić Boga poprzez tych, którzy okazali heroizm swojej wiary i przyjęli śmierć męczeńska jako wyraz swojej jedności w wierze z papieżem.

Źródło: Parafia Drelów

 KARTA Z HISTORII

Parafianie Drelowa zapisali chwalebną kartę w historii unickich prześladowań. W II połowie XIX wieku władze rosyjskie zmuszały do wpisania się w rejestr prawosławnych. Drelowianie doświadczyli wówczas: konfiskaty majątku, poniżania fizycznego i moralnego, zamykania w więzieniach, zsyłek na Sybir, ciężaru stacjonujących za karę we wsi oddziałów kozackich. Wytrwałości tych nieugiętych obrońców wiary nauczył zapewne ich proboszcz, ks. Jan Welinowicz (1805-1867). Za zdecydowaną i odważną postawę internowano go do więzienia w Chełmie, gdzie zakończył życie.

Decydujący dla drelowian moment nadszedł 17 stycznia 1874 roku. Kilka dni wcześniej nowy, uległy wobec władz, proboszcz ogłosił, że musi wykonać polecenie i przyjąć prawosławie. Gdy zaczął modlić się po rosyjsku, lud głośno się sprzeciwił i wyprowadził kapłana sprzed ołtarza. Ludzie pomodlili się sami, zamknęli świątynię i klucz do niej schowali aż w Kwasówce (wsi oddalonej od Drelowa ok. 5 km). Następnego dnia już od wczesnych godzin porannych przy kościele gromadzili się ludzie. Z Radzynia przyjechał naczelnik Kotow w asyście kozaków. Sprowadzonym wojskiem dowodził Piotr Andrejew, zasłużony w tłumieniu „polskiego buntu”. Naczelnik wezwał drelowian do otwarcia świątyni i rozejścia się. Wierni nie usłuchali. Kotow odjechał. Od wieczora, przez noc i rankiem dnia następnego przed kościołem gromadzili się wierni. Rano 17 stycznia przybyło wojsko – 2 roty piechoty i sotnia (około 100) kozaków. Major Kotow rozkazał ludziom rozejść się i oddać klucze do cerkwi. Zgromadzeni odpowiedzieli, że przyszli spokojnie się pomodlić. Wtedy naczelnik rozkazał wiązać lud i bić go nahajkami. Kozactwo wpadło na cmentarz przykościelny i poczęło sumiennie wykonywać rozkaz. Wzbudziło to okropny płacz, kobiety zasłaniały sobą skrępowanych i bezbronnych mężczyzn. Gdy podjęły próby uwolnienia mężów, synów, ojców, piechota z kozakami wycofała się za parkan cmentarza. Kiedy drelowanie nadal trwali przed drzwiami świątyni, naczelnik postanowił wydać rozkaz strzelania. O godzinie dwunastej w południe padły strzały. Śmierć bezbronnych przyniosła przeciwny skutek od zamierzonego. Ludzie padali na kolana przed swoimi oprawcami, wystawiali piersi do strzału i śpiewali: „Kto się w opiekę odda Panu swemu” oraz „Święty Boże”. Gdy ustał ogień, naczelnik ponowił rozkaz, aby lud ustąpił. Zagroził, że wszystkich aresztuje i wyśle na Syberię. Mimo zimna ludzie zdejmowali odzież, okrywali nią zabitych i rannych. Z uporem trwali przed swoją świątynią. Wieczorem zmarznięci żołnierze rozpalili ogniska, starszyzna rozeszła się do chałup. Rano dowódca wrócił na miejsce zbrodni. Zobaczył ludzi śpiewających godzinki do Najświętszej Marii Panny. Widząc, że ani cierpienie, ani zimno, ani głód nie są w stanie pokonać religijnego uporu unitów, Kotow rozkazał nahajkami i kolbami karabinów przepędzić ludzi. Wojsko bestialsko deptało klęczących, zabitych i rannych. Potem rózgami bito wiernych; mężczyźni otrzymali od 100 do 200 uderzeń rózgami, kobiety i dzieci od 25 do 50. Dowódca kazał zatrzeć ślady zbrodni. Młodszych mężczyzn odesłano do więzień jako buntowników. Rannych (około 200) odwieziono na furmankach do domów. Niektórzy z nich wskutek odniesionych ran wkrótce zmarli. Kościół zamieniono na cerkiew, zaś unici przeszli do „podziemia”, cierpiąc prześladowania aż do ogłoszenia w 1905 roku aktu tolerancyjnego.

W obronie wiary i świętości swojej cerkwi unickiej życie oddali: Szymon Pawluk, Wincenty Bazyluk, Teodor Bocian, Andrzej Charytoniuk, Trochim Charytoniuk, Jan Kościuczyk, Teodor Kościuczyk, Paweł Kozak, Andrzej Kubik, Jan Kubik, Jan Łucik, Jan Romaniuk, Onufry Tomaszuk.

Oto co zapisała w swoim pamiętniku hrabina z Kolana - Jadwiga Łubieńska (Ottonówna): „Przejeżdżam do siebie wczesnym rankiem z Międzyrzeca przez Drelów. Cały front cerkwi jak pierś trupa, pokaleczona kulami. Nikt do cerkwi nie chodzi, więc zamknięta i martwa jak grób. Śladów gwałtu nie zatarto. Facjaty nie pobielono. Kul nie wykruszono. Na postrach, jak ciało wisielca na szubienicy, sterczy ranne ciało Domu Bożego, świecąc rannymi dziurami, mozaiką ołowiu, na tle strzaskanych cegieł i opadłego tynku.” Oprac. na podst. J. Pruszkowski „Martyrologium, czyli męczeństwo Unii Św. na Podlasiu” oraz T. Krawczak „Martyrologia Unitów Podlaskich w świetle najnowszych badań naukowych”.


LITERATURA O TEMATYCE UNICKIEJ

Dębski K. – Bohaterstwo unitów podlaskich

Dylągowa H. – Dzieje Unii Brzeskiej

Geresz J. – Unitów podlaskich droga do świętości

Krawczak T. - Martyrologia Unitów Podlaskich w świetle najnowszych badań naukowych

Krawczak T. – Zanim wróciła Polska. Martyrologium ludności unickiej na Podlasiu

Lewandowski J. – Na pograniczu. Polityka władz państwowych wobec unitów Podlasia

Łubieńska J. – Podlaskie Hospody pomyłuj1872-1905. Kronika 33 lat prześladowań…

Maliszewski M. Welik G. – Unici Podlascy. Przewodnik historyczny

Mościcki H. – Unici wspomnienie z dziejów męczeństwa

Pruszkowski J. – Martyrologium, czyli męczeństwo Unii Św. na Podlasiu

Reymont W. - Z ziemi chełmskiej

Rzemieniuk F. – Unici Polscy 1596 -1946

Soszyński R. – 400-lecie Unii Brzeskiej 1596 -1996

Tańska M. - Historia Unii, czyli połączenia Kościoła Rzymskokatolickiego …

Urban J. – Wśród unitów na Podlasiu

Wasilewski L. – Dzieje męczeńskie Podlasia i Chełmszczyzny





WSPOMNIENIA

I

Moja mama urodziła się w 1896r. Pamięta, jak miała kilka lat, może 7-9. Przychodzili mężczyźni do domu wieczorem i umawiali się na wyjazd. Aż kiedyś jesienią ojciec wyszykował wóz, włożył kielnie, a było to plecione z łoziny, którą wkładano na wóz; od tyłu tylko plecione szczytko, dno i boki, takie po prostu uszczelnienie wozu. Nakładł siano i kilka worków zboża. Jak się zrobiło ciemno, a była to jesień, bo już kopano kartofle, tato kazał mamie położyć się między worki , przykrył sianem i burką, i pojechaliśmy. Jechaliśmy długo, a w końcu się zatrzymali. Gdy tato odkrył burkę, zobaczyłam, że jesteśmy w lesie. Było już sporo wozów, dzieci i dorosłych. Zapalono latarki i zobaczyłam księdza. Jak się później dowiedziałam to był chrzest. Ksiądz spowiadał dorosłych, a później polewali nas dzieci wodą po głowie. Potem ksiądz coś tam mówił, niektórzy płakali. Po tej ceremonii zaczęli nas dzieci ładować na wozy. Wyjeżdżali pojedynczo, każdy w inną stronę. Tato jechał bardzo prędko. Jechali różnymi drogami. Na jednej z dróg stali ruscy i łapali, ale jak opowiadali rodzice złapali tylko jednego, ale on musiał tą drogą do domu dojechać. I tłumaczył się, że jedzie od wiatraka i po drodze wstąpił do rodziny, no i trochę się zasiedział. Cudem uwierzyli i puścili. Tato jak przyjechał do domu, mama już czekała. Zabrała mnie z wozu do domu i położyła do łóżka. Tata rozebrał konie, wpuścił do stajni, wóz szybko wciągnął do szopy i biegiem do domu. Zamknął drzwi na zasuwkę i nie palił lampy. Za chwilę ktoś stuka do drzwi, żeby otworzyć. Tato mówi zaraz, tylko włożę buty, których jeszcze nie zdążył zdjąć. Zapalił latarkę, otworzył drzwi i pyta, o co chodzi. Żołnierze ruscy pytają, czy nigdzie nie wychodził. Tato mówi, że nie, że już dawno leży w łóżku. Kazali zaprowadzić do stajni, czy jest koń. Tato im pokazał, że koń jest i wóz. Jak zobaczyli, że wszystko jest na miejscu, odeszli. Jeszcze na odchodne powiedzieli, że dostali wiadomość, że ze wsi jeżdżono gdzieś chrzcić dzieci. Nie wiem o tym nic, odpowiedział tato, dali mu spokój i odeszli.

II

Jak byłam małą dziewczynką, pamiętam jak po kolędzie chodził pop. Gdzie był w domu mężczyzna, nie wpuszczano popa na podwórko. Tato stał we wrotach i nie wpuścił popa do domu, tylko krzyknął, żebym leciała do sąsiadów, żeby zasunęli drzwi, bo chłopy pojechali do lasu po drzewo. Pop chodził od domu do domu. Ale pop był szybszy ode mnie, popchnął mnie i wszedł do domu, a ja za nim. Pop zaczął się modlić po rusku. Wtedy córka gospodarzy zdjęła ze ściany krzyż i zaczęła całować i mówić, że nam nie potrzeba twego Chrystusa, ja mam swego. Pop pomodlił się i zaczął kropić wodą święconą dom. Zobaczył niemowlę w kołysce i też pokropił wodą święconą. Jak pop wyszedł, babka tego dziecka rozpaliła ogień i nagrzała wody. Nalała do kopańki i wykąpała dziecko, ubrała w czyste ubranie. I do córki mówi, że nie potrzebuje, żeby dziecko było pokropione święconą wodą w dodatku ruską. Z kołyski wyjęła pościel i założyła czystą, a przy tym modliła się, by jej Bóg przebaczył, ale ona nie chce ruskiego w swoim domu. Przybiegły sąsiadki ciekawe, co też im ten pop nagadał. Babka tego dziecka mówiła im, że jest Polką i jest katoliczką, ma swego Jezusa a ruskiego nie potrzebuje. Nie wiem, co dalej było, bo ja pobiegłam do domu.


III

Moja mama nie urodziła się w Drelowie. Dziadkowie jak się pobrali to mieszkali w Przechodzisku. W Drelowie mieszkała ciotka dziadka, była bezdzietną, nie miała nikogo i ona dziadkom sprzedała gospodarstwo. A gospodarstwo było przy szkole i figurka była w ogródku. Dziadkowie mieli ją dochować do śmierci. Mama była już, jak dzisiaj się mówi nastolatką, a kiedyś mówili podlotkiem. Kiedyś było w zwyczaju, że po śmierci nakrywano oczy kawałkiem lnianego płótna około 2 metrów. Płótno to później przy pogrzebie oddawano ruskiemu naczelnikowi. Jak ciotka zmarła ciało wieziono pogrzebać do Międzyrzeca i zaczął padać deszcz. Kobiety mówią, że zmoknie, żeby mama wzięła i schowała. Mama zdjęła to płótno i już na miejscu oddała naczelnikowi. Ale przy pogrzebie asystowali kozacy i nie wiedzieli o tym, że płótno zostało oddane. Po pogrzebie przyjechali do domu, aresztowali mamę i posadzili w kozie za to, że ukradła płótno. Nie pomogły tłumaczenia taty ani świadków. Jest złodziejką i musi ponieść karę. Siedziała cały tydzień, była bita, żeby się przyznała co zrobiła z tym płótnem. Sąsiedzi przychodzili i medytowali, co z tym zrobić. Aż ktoś wpadł na pomysł zapytać naczelnika. Tato pojechał do miasta, ale naczelnika nie było. Był w Radzyniu i wróci za dwa dni. Tato znowu wybrał się do miasta, naczelnik już był. Tato pyta, czy dostał płótno po pogrzebie, a on powiedział, że tak, jakaś już babuszka priniesła. Tato pyta to po co trzymają żonę w kozie. Wtedy on zawołał kozaka i pyta, czy to prawda. Kozak mówi, że tak. Wtedy naczelnik kazał mamę zwolnić z kozy. Wypuszczono mamę.


IV

Na kilka lat przed śmiercią mój tata Jacek Majczyna opowiedział mi historię naszej rodziny, która jest ściśle związana z męczeństwem jednego z unitów - Szymonem Olesiejukiem. Szymon Olesiejuk to brat żony Szymona Pawluka – Marianny. On był również obecny przy naszej świątyni, gdy rozgrywał się dramat ludzi broniących kościoła i wiary. On jednak nie zginął bezpośrednio pod kościołem. Został pobity i w ciężkim stanie przewieziono go do szpitala w Międzyrzecu Podl. , gdzie po dwóch, trzech dniach zmarł. Z tego co opowiadał mi tato, a jemu jego mama, Szymon Olesiejuk został pochowany na cmentarzu w Międzyrzecu Podl., gdzieś obok kaplicy. Jednak dokładnego miejsca pochówku mój tato nie znał. Jestem dumna, że ja i moja rodzina ma takiego przodka, który trwał przy wierze i przy swojej świątyni aż do końca. Jestem dumna również z tego, że ja i moje dzieci przekraczają progi tej świątyni, która była zroszona krwią naszych przodków.


V

Kiedy skończyłam 7 lat, zmarł mój dziadek Teodor Szabaciuk. Babcia bała się sama i ja zamieszkałam z nią aż do września 1960 roku. Babcia opowiadała mi wieczorami, jak było dawniej za cara, o prześladowaniach za wiarę katolicką. Ona z dziadkiem szli w nocy w deszczu do Sumierza i tej nocy otrzymali sakrament chrztu, bierzmowania i ślub. Wspominała też, że jej dziadek to cały jeden rok szedł pieszo za Czarne Morze, trzeba było służyć 25 lat u cara i mało kto wracał. Dlatego dziadek żegnał się ze wszystkimi ludźmi ze wsi, nawet z płotami. Dziadek to Szymon Pawluk – za dobre sprawowanie (był blisko cara) został zwolniony po 15 latach służby i w nagrodę otrzymał posadę gajowego w lesie „Borek” u hrabiego Potockiego. Gajówka stała na skraju lasu od wsi Pereszczówka. Zaraz w krótkim czasie ożenił się z Marianną Olesiejuk z Pereszczówki . Mieszkali w gajówce, mieli dwoje dzieci. Szymon Pawluk był bardzo mądrym i dobrym gajowym, bardzo bronił wiary katolickiej. To on organizował po wsiach przyjazdy księży i uczył, jak bronić wiary przed prawosławiem i wojskiem carskim (kozakami). W dniu 16 stycznia 1874 r. na jego hasło: „ W Drelowie będzie wesele” pod kościół zebrały się okoliczne wioski, aby bronić kościoła przed prawosławiem. Dowodzący wojskiem kozackim wiedział, że Szymon Pawluk to mądry chłop, zna carskie prawo, które zabrania strzelania do ludzi. Kozacy chcieli go zmusić, żeby odstąpił od kościoła, zabrał ludzi i żeby oddali klucze do kościoła. Pawluk nie odstąpił dobrowolnie. Kozacy chcieli go zmusić i 16 stycznia pod wieczór dwóch uzbrojonych kozaków pojechało na gajówkę. Tam żonę Pawluka Mariannę i 24-miesięczną córkę porąbali toporami w kuchni na podłodze, a 7- miesięcznego syna zastrzelili w kołysce w pokoju. Ludzie we wsi widzieli, jak kozacy jechali. We wsi zostali tylko staruszkowie i dzieci, reszta ludzi była z Pawlukiem pod kościołem. Żona Szymona miała przyjść z dziećmi do swoich rodziców na noc, ale nie przyszła. Rodzice myśleli, że duży mróz i dlatego bała się z dziećmi iść, ale na drugi dzień też nie przyszła. 17 stycznia, kiedy Szymon Pawluk umierał pod kościołem, ostatnie słowa wyszeptał do swego szwagra Pawła Olesiejuka i powiedział : „Paweł, do domu”. Paweł – brat Marianny wydostał się cudem z placu przy kościele i od strony Żerocina przez łąki i Horodek przyszedł do Pereszczówki. Myślał, że może wieś spalona. Ale wieś stała, jego dom także. Wszedł do domu, martwiąc się, jak powiedzieć siostrze, że jej mąż nie żyje. Ale siostry w domu rodzinnym nie zastał. Od razu poszedł w nocy na gajówkę. Zastał ją zbryzganą krwią, wokół na śniegu ślady kopyt końskich i butów kozackich. Rano poszedł po śladach koni i śniegu znaczonym krwią. Szybko znalazł miejsce, gdzie kozacy wrzucili ciała w bagna. Stało tam dwóch uzbrojonych kozaków. Pilnowali tak do wiosny aż lody puściły. Na wiosnę ciała się rozłożyły i rodzina uznała, że ciał nie będzie wydobywać. Lepiej nie denerwować kozaków. Pilnowali trzy miesiące to pewnie prawda, że wrzucili tam i ciało Szymona Pawluka, czego na 100 procent nikt nie był jednak pewien.

Paweł Olesiejuk – brat Marianny objął posadę gajowego po Szymonie Pawluku, lecz w gajówce nie był w stanie mieszkać, ze względu na tragiczne wspomnienia. Gajówka 35 lat stała opuszczona. Na miejscu, gdzie znajdowały się ciała, postawił krzyż. Zachodził tam codziennie rano, krzyż był wywrócony, zapewne przez kozaków. Stawiał go na nowo. Po paru latach postawił mocny, dębowy krzyż, zakopany był ponad 3 metry, a nad ziemią 2 metry. Na krzyżu były wyrżnięte litery: Zginęli śmiercią tragiczną 16 stycznia 1874 roku Marianna Pawluk , córka 28 m-cy, syn 7 m-cy.

Paweł Olesiejuk opiekował się krzyżem do 1913 roku. Kto opiekował się później nie pamiętam. Babcia Teodora zaprowadziła mnie na grób, jak miałam 10 lat. Bardzo się bała i mówiła cicho. Zapamiętałam bardzo dobrze krzyż i kwiaty na mogile. Byłam na mogile jeszcze wiele razy, za każdym razem ogarniał mnie ogromny strach. Krzyża obecnie już nie ma. W listopadzie 2000 roku usłyszałam, że krzyż jest oparty przy rowie o drzewo na szlacheckiej dróżce. Robotnicy leśni obiecali, że zakopią, bo widoczna była dziura , niestety nie zakopali.







 
Wróć do spisu treści | Wróć do menu głównego